Jadąc do Krakowa spodziewałeś się, że osiągniesz aż taki sukces i zdobędziesz najwyższą klasę?
Miałem świadomość, że jestem pretendentem do finału, ale tam wszystko mogło się zdarzyć. To specyficzny turniej. Na "normalnym" wszystkie pięć tańców latynoamerykańskich jest ocenianych razem: przechodzisz do kolejnej rundy albo nie. Tutaj każdy taniec jest oceniany oddzielnie do końca. Z jednym tańcem możesz dojść do finału, a z jednym zostać w pierwszej rundzie. To czasami loteria. W tym roku było bardzo ciężko, bo wszystkie pary finałowe prezentowały podobny poziom. Trzeba było znaleźć się w topowej trójce aby zdobyć kolejną klasę. Udało się nam pokonać ok. 40 par i zająć drugą pozycję.
Widziałem w internecie filmik z tego turnieju. Dało się słyszeć głos Twojej mamy, która mówi "Tylko nie teraz", a później wybucha radością. Co poczułeś po ogłoszeniu wyników?
Jak mama to mówiła wyczytywano czwarte miejsce. Najgorsze, bo nic by mi nie dało. A co ja poczułem? Ulgę. Starałem się o wyższą klasę już trzy miesiące wcześniej na podobnym turnieju w Nowej Rudzie. Tylko dwa razy do roku odbywają się takie zawody. Tam zająłem pierwsze miejsce poza finałem. Niewiele zabrakło. W Krakowie byłem już szczęśliwy, bo miałem świadomość, że to wysoki poziom, chociaż zawsze można coś poprawić.
Często jeździsz z rodzicami na zawody?
Moi rodzice są tak zaangażowani w to co robię, że jeżdżą prawie na każde zawody. Mój tato jest kamerzystą, nie mógłby przepuścić takiej okazji. Zawsze wszystko nagrywa. Dzięki temu mogę analizować co robię źle, a co dobrze i wtedy dużo szybciej rozwijam się.
Czyli to pomaga?
W moim przypadku tak. Chociaż są rodzice, którzy jeżdżą i tylko denerwują swoje dzieci. Moja mama akurat potrafi do mnie trafić. Owszem wytyka błędy i mówi czego zabrakło, ale jej uwagi są bardzo dobre i trafne. To mój drugi trener.
Jak wyglądają przygotowania do takich zawodów?
Na początku sezonu, najczęściej w wakacje, precyzujemy sobie główny cel. Później ustalamy jakie rzeczy trzeba osiągnąć aby zdobyć to co założyliśmy. Chodzi głównie o mniejsze turnieje, żeby otańczyć się z partnerką, parkietem i publicznością. Do tego dochodzą treningi. O takich zawodach jak te, myśli się więc już dużo wcześniej, ponieważ trzeba też pamiętać o diecie i odpowiednim przygotowaniu fizycznym. Choreografia również musi być zrobiona wcześniej. Musi być idealnie "wytańczona" i dopracowana. Oczywiście dochodzi też element improwizacji. To dlatego, że nie znamy konkretnej muzyki, do której będziemy tańczyć. Wiemy jaki taniec i w jakim rytmie, ale muzyka za każdym razem jest inna.
Przejdźmy do początków. Zacząłeś tańczyć w wieku 15 lat. To chyba dosyć późno, prawda?
Bardzo późno. Większość startuje w wieku 8-10 lat. Ja zacząłem, bo chciałem nauczyć się tańczyć na bal gimnazjalny.
Ale przecież byłeś dobrze zapowiadającym się pływakiem...
Tak, w podstawówce wielokrotnie zdobywałem mistrzostwa województwa, były również medale Mistrzostw Polski juniorów. Miałem też krótki epizod z taekwondo. Później stwierdziłem jednak, że pływanie nie sprawia mi już takiej przyjemności jak wcześniej. Robiłem to z przyzwyczajenia. Zacząłem tańczyć w Międzyrzeckim Ośrodku Kultury u pana Piotra Woźniaka. Tam nauczyłem się podstaw. Po roku był turniej wewnętrzny, wygrałem go i stwierdziłem, że zacznę tańczyć "turniejowo".
Sam fakt, że nauczyłeś się tańczyć na bal mógł Ci wystarczyć, ale poszedłeś dalej. Dlaczego?
Sprawiało mi to radość, a ponadto w parze szła opinia innych ludzi. Mówili, że naprawdę dobrze mi to wychodzi. To mnie pociągnęło. Trafiłem do klubu Amigo Dance w Białej Podlaskiej. Trenowaliśmy rok z partnerką i zaczęliśmy jeździć na turnieje. Zajmowaliśmy prawie same pierwsze miejsca, dzięki czemu po kolejnym roku awansowaliśmy o kilka klas. Większości par zajmuje to ok. trzech lat. To było chyba w 2009 roku. W 2010 zdobyliśmy już klasy A (druga po mistrzowskiej klasie S - przyp. red.) zarówno w stylu standardowym jak i latynoamerykańskim. Później musieliśmy się rozstać z partnerką.
Dzisiaj trenujesz w Lublinie, mieszkasz w Berezie pod Międzyrzecem, a studiujesz na bialskim AWF. Jak znajdujesz na to wszystko czas?
Sam czasami zadaję sobie to pytanie (śmiech). Lubię aktywne życie. Nie mógłbym usiedzieć dwie godziny bezczynnie. Odpowiada mi to chociaż muszę przyznać, że trochę męczące jest dojeżdżanie do Lublina. A robię to często, ponieważ trenuję cztery razy w tygodniu. Staram się tak pogodzić mój indywidualny tok studiów i ułożyć plan, żeby pojechać jednego dnia, potrenować wieczorem, przenocować u znajomych i nazajutrz znów poćwiczyć. W domu nie ma mnie czasami nawet dwa tygodnie, ale zdarza się, że jestem co kilka dni.
Czemu zatem zdecydowałeś, że nie będziesz już trenował w Białej i wybrałeś lubelskiego "Lidera"?
Wiedziałem, że to jest klub w którym chcę trenować. Zresztą, tam trenują też moi najlepsi, taneczni znajomi. Poza tym szukałem partnerki, a tam są większe perspektywy na jej znalezienie.
Jak to się robi? Przez Internet?
Trenerzy wymieniają się informacjami o tym kto tańczy, a kto się z kim rozstaje i w jakim klubie. Czasami ludzie ogłaszają się również przez Internet. Jeżeli dochodzi do wstępnego porozumienia to spotykamy się z trenerem i tańczymy podstawowe rzeczy. Wtedy oceniamy jak się czujemy i podejmujemy decyzję.
Ile w takim razie miałeś do tej pory partnerek? Tych tanecznych oczywiście.
Takich turniejowych to cztery (śmiech).
Spotykacie lub spotykaliście się również po treningach?
Wychodzę z założenia, że oprócz tego, że spotykamy się ze sobą na treningach to także poza nim trzeba ze sobą dobrze żyć i współpracować. To nie jest tak, że jest tylko trening i później każdy żyje swoim życiem. Trzeba nadawać na tych samych falach. To przydaje się szczególnie przy improwizowaniu w tańcu. Chociaż znam też pary, które spotykają się tylko na treningach i zawodach.
Taniec to w tym momencie twoja pasja czy już sposób na życie? A może jedno i drugie?
Staram się to łączyć. Oprócz trenowania prowadzę różne zajęcia. Na przykład w Lublinie z tańca latino dla pań. W Białej i Międzyrzecu prowadziłem fitness. Wiadomo, jestem w takim wieku, że mogę osiągnąć więcej niż do tej pory mi się udało. Świat nie kończy się na klasie S.
Co zatem dalej po tym sukcesie?
Ten wynik, który zdobyłem określa mój poziom, ale nie oznacza, że osiągnąłem już wszystko. Nadal można zdobywać tytuły Mistrza Europy czy Świata. Nie wiem jaki będzie mój najbliższy cel. Na razie żyję tym, co się ostatnio wydarzyło. Teraz muszę się zastanowić. Na pewno chciałbym dalej tańczyć. Być może bardziej skupię się na nauczaniu lub zdobędę klasę S w tańcu standardowym. Jeżeli ktoś ma klasy S w dwóch stylach to znaczy, że jest naprawdę wszechstronnym tancerzem. Do tej pory z braku czasu tańcowi standardowemu poświęcałem mniej uwagi.
O Międzyrzecu było już swego czasu głośno z powodu tancerza. Myślisz, że historia się powtórzy?
Mogę to już powiedzieć oficjalnie. W przyszłym roku planuję spróbować dostać się do programu You Can Dance. Miałem takie aspiracje już w tym sezonie, ale kilka rzeczy mi nie pozwoliło. Jak ruszą castingi to na pewno się zgłoszę.
W jakim tańcu chciałbyś się tam zaprezentować?
Oprócz tańca towarzyskiego staram się rozwijać w różnych dziedzinach, dlatego m. in. dodatkowo studiuję taniec na studiach podyplomowych. Jeżdżę też na różne warsztaty związane np. z salsą czy jazzem. Tańcząc w wielu stylach można osiągnąć więcej.
W Międzyrzecu z okazji startu Briana Poniatowskiego w półfinale VII edycji You Can Dance na placu Jana Pawła II powstała "strefa Briana". To może czas na "strefę Damiana"?
Nie nastawiam się na to. Nie zależy mi na rozgłosie. Wybieram się tam, żeby się sprawdzić. Zawsze marzyłem też o wyjeździe do Stanów (nagrodzą główną w programie jest możliwość doskonalenia umiejętności w najlepszych amerykańskich szkołach tańca - przyp. red.). Chciałbym też poznać ludzi z branży. Udział w takim programie to świetna przygoda. Mam znajomych, którzy też próbowali, niektórzy dostali się nawet do najlepszej szesnastki. Każdy zachęcał mnie do podjęcia tego wyzwania.