Rozmowa z Marcinem Andrzejewiczem, Prezesem Międzyrzeckiego Towarzystawa Siatkarskiego:
Panie prezesie, najważniejsze pytanie, które zadają sobie kibice: kiedy dokładnie Pan i wiceprezes Gabriel odchodzicie z klubu? Czy zostaniecie do końca sezonu?
Sytuacja nie jest zero-jedynkowa, jeśli chodzi o konkretną datę. Zobowiązaliśmy się środowiskowo i klubowo, że pokierujemy drużyną do końca tego sezonu. Formalnej rezygnacji jeszcze nie złożyliśmy, bo wiele zależy od płynnego przekazania klubu. Czekamy na ruchy miasta i ewentualnie nowego zarządu. Chcemy uniknąć szoku. Nie zostawimy klubu z dnia na dzień, ale decyzja o odejściu jest przesądzona i podyktowana względami osobistymi, zmęczeniem materiału oraz tym, że klub co sezon nie ma pewnej wysokiej bazy finansowej, która pozwoliłaby go spokojnie rozwijać. Co roku trzeba włożyć bardzo dużo energii, żeby pozyskać środki z zewnątrz, co zawsze jest niepewne.
Mówi Pan o zmęczeniu. Czy chodzi o łączenie życia prywatnego z prowadzeniem klubu?
Dokładnie tak. Proszę pamiętać, że nasza praca w klubie jest w 100 proc. społeczna. Nie bierzemy za to ani złotówki, a wręcz dokładamy do dojazdów. Nie mówiąc już o prywatnych środkach wykładanych w kryzysowych sytuacjach. Obaj z wiceprezesem mieszkamy i pracujemy zawodowo w Lublinie. Zarządzanie klubem "z doskoku", orbitując między Międzyrzecem a domem, przy jednoczesnym braku stabilności finansowej, po prostu wyczerpuje. Dziś trudno znaleźć "dwóch wariatów", którzy będą zarządzać zdalnie z odległości, wykonywać pracę klubową, zlecając ją pracownikom mojej kancelarii czy jeździć 100 km i za darmo brać na siebie ogromną odpowiedzialność. Odpowiedzialność za wynik oraz za to, żeby darzący nas zaufaniem zawodnicy i sztab otrzymali swoje honoraria.
No właśnie – finanse. Miasto przyznało 120 tys. zł na pierwsze półrocze. To mało?
Doceniamy każdy gest, ale bądźmy szczerzy – to kwota, która nie gwarantuje spokoju. Widzimy, że miasto z burmistrzem Pawłem Łysańczukiem na czele chce, aby klub funkcjonował i grał jak najlepiej, jednak te deklaracje nie znajdują odzwierciedlenia w wysokości przyznawanych środków finansowych. Aby klub w II lidze funkcjonował stabilnie i mógł się rozwijać, a nie tylko wegetować, potrzebny jest budżet w okolicach 500 tysięcy złotych rocznie. Same wyjazdy i opłacenie sędziów to potężne koszty. Obsada sędziowska jednego meczu domowego to wydatek rzędu 2000 zł. Transport na mecze wyjazdowe, a gramy w czterech województwach, potrafi pochłonąć 50 tysięcy zł. Ja potrzebuję przed sezonem wiedzieć, że mam bazę – powiedzmy 300 tys. zł z miasta – a o resztę walczę u sponsorów. Jeśli co roku startuję z dziurą budżetową i martwię się, czy wypłacę chłopakom pensje, to odechciewa się działania.
Wspomniał Pan o sponsorach. W regionie działają giganci tacy jak Wipasz czy dr Gerard. Dlaczego żaden z nich nie jest sponsorem tytularnym klubu?
To jest dla nas największe rozczarowanie. Próbowaliśmy. Dla firm tej skali kwota kilkudziesięciu czy nawet kilkuset tysięcy złotych to nie jest problem. Niestety, nie są zainteresowane. Może to kwestia polityki, może braku lokalnego patriotyzmu? A przecież korzystają z tutejszych dróg, z pracy mieszkańców. Społeczna odpowiedzialność biznesu powinna polegać też na wspieraniu lokalnej dumy, jaką jest ten klub. Oczywiście mamy wsparcie firm większych, jak Sedar S.A. ze swoją marką "Zagrodowy" i mniejszych w tej skali, czyli lokalnych firm – Budmax, Skup Złomu Filipiuk. Firma Pana Łukasza Łaziuka zajmująca się m.in. pieczarkami czy Empatia reprezentowana przez radnego Jakuba Leszczuka. Udało się moim osobistym staraniem, przy wsparciu marszałka Jarosława Kwaska i wielkiego naszego przyjaciela prezesa Marcina Mazuryka zaangażować do współpracy międzyrzecki PKS, który jest sponsorem naszych wyjazdów. Bardzo im za to z tego miejsca dziękuję. Ale bez strategicznego partnera lub mocniejszego wejścia miasta, zawsze będziemy balansować na krawędzi.
Zaryzykował Pan też wprowadzenie biletów na mecze. W Międzyrzecu to był szok.
Tak, to był mój autorski pomysł i spotkał się z dużą krytyką. Ludzie byli przyzwyczajeni, że sport jest za darmo. Ale ja się uparłem. To są cegiełki – 5 i 10 złotych. I co się okazało? Że ludzie chcą płacić. Mamy po 200-300 osób na trybunach. Niektórzy wrzucają nawet po 100 złotych, bo widzą, że robimy dobrą robotę. Te pieniądze pozwalają nam np. opłacić sędziów. To buduje poczucie, że ten klub jest nasz, wspólny. W przyszłości widziałbym tu sprzedaż karnetów na cały sezon czy klubowych gadżetów. Razem z kolegą Gabrielem wiemy, jak robić duży sport i wydarzenia na fajnym poziomie.
Mówi Pan o profesjonalizacji. Jak MTS wygląda na tle rywali?
Sportowo? Świetnie. Organizacyjnie? Jesteśmy ewenementem. Przyjeżdżają do nas kluby, które mają w sztabie sześć osób – statystyków, kierowników. A u nas? Jestem ja, wiceprezes, którzy jesteśmy poza Międzyrzecem, trener Śliwa, asystent Bartek Wykręt, fizjoterapeuta Mateusz Węgrzyniak i Konrad Karwowski z MOSiR-u, który pomaga jako wolontariusz. Nasz statystyk pracuje zdalnie, bo nie stać nas na takiego, który mógłby być na meczach domowych osobiście i jeździć na wyjazdy. Gdyby np. nie Konrad Karwowski, na miejscu nie byłoby nikogo do ogarniania spraw technicznych czy choćby przywiezienia wody dla zawodników. Dlatego odradzam Marcinowi Śliwie przejmowanie prezesury. On jest świetnym trenerem, ma wiedzę, intelekt, jest pracownikiem naukowym, niezwykle przeze mnie szanowanym człowiekiem, ale nie da się łączyć bycia prezesem, trenerem, kierownikiem i kierowcą. To prosta droga do katastrofy, którą on już tutaj przeżywał. Co najbardziej istotne w tym kontekście – mamy super drużynę, pomimo wielu przeszkód. Inne kluby mają coś, czym przyciągają – stypendia, bliskość Warszawy czy możliwości innego zarobkowania, rozwoju. My musimy namówić utalentowanego 20-latka, żeby przyjechał do Międzyrzeca, zamieszkał w wynajmowanym przez klub mieszkaniu z innymi chłopakami i chciał z zaangażowaniem trenować codziennie. Bądźmy szczerzy – nie mamy za wiele do zaoferowania, stąd jesteśmy raczej klubem ostatniego wyboru. Uważam, że bardzo dużą przewagę tworzył Gabriel Wlaź, ceniony w środowisku znawca siatkówki. Facet, który ma wyczucie do ludzi, tworzenia składu. Obecni nasi zawodnicy mu zaufali. To bardzo wielka rzecz.
Co dalej? Czy jest plan na funkcjonowanie klubu po Państwa odejściu?
W piątek mieliśmy kluczowe spotkanie w Urzędzie Miasta. Chcemy do wiosny pomóc w budowie kadry na kolejny sezon, bo szkoda byłoby zmarnować potencjał tych chłopaków. Udało nam się zmienić mentalność – trenujemy codziennie, ściągnęliśmy graczy z przeszłością pierwszoligową, młode talenty. Moim marzeniem było stworzenie Klubu Biznesu wokół MTS, gdzie przedsiębiorcy, miasto i sport współpracują. Na razie to się nie udało, ale zostawiamy klub w lepszym stanie, niż go zastaliśmy 2,5 roku temu.
Komentarze (0)
Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania. Jak to zrobić dowiesz się w zakładce polityka prywatności.